03 Jul 2007 Jacek
Tu tez byli hiszpanie - San Cristobal
Zdarzylo sie 27 - 28 czerwca:
San Cristobal to kolejne kolonialne miasto na naszej drodze. Pierwsze co rzuca sie w oczy to niska zabudowa. Podobnie jak w Campeche ulice sa kolorowe. Nikt chyba nie zwraca uwagi na to, ze jego kamienica az razi w oczy. Niebieski, zolty, pomaranczowy czy czerwony - tutaj nie ma to znaczenia. Dzieki temu miasto wyglada naprawde radosnie. Z samego rana wybralismy sie do malej wioski San Juan de Chamula. Wioska jednego placu i katedry, przyozdobionej proporczykami rodem z Tybetu. Wstepu do katedry pilnuje "nabity jak stodola" miejscowy koles, ktory ledwo zauwaza bilety wstepu. Glowny plac miasta jest jednym wielkim mercado. Troche rekodziela i kolorowe stragany z warzywami i owocami. Kto nie dorobil sie swojego stolika spokojnie rozlozyl swoj kramik na ziemii. Do San Juan przyjezdzaja grupki turystow, by zobaczyc zycie tutejszych indian. Miejscowi mowia w jezyku Tsotsil. Mezczyzni ubieraja poncha przypominajace owcze wdzianka naszych gorali. Idziemy w gore miasta, w strone cmentarza. Przy jednym grobie zgromadzila sie chyba cala rodzinka. Jedza, pija (coca-cola jest tu wyjatkowo chodliwym napojem) i rozmawiaja nad grobem swojej bliskiej osoby majac marmurowa plyte za swoj stol. Popoludniem spokojnie, niespiesznym tempem chodzimy kolorowymi uliczkami San Cristobal. Wychodzimy na wzgorze z najstarszym kosciolem miasta. Sporo kolonialnych kosciolow i czyste, zadbane place. Kolejnego dnia nigdzie sie nie spieszymy. Idziemy na pobliskie mercado. W poludniowej zawsze byly centrum zycia miejscowych. Tutaj jest podobnie. Jest kolorowo, w niektorych miejscach smierdzaco, czyli tak jak byc powinno na wzorowym jarmarku. Popoludniem lapiemy autobus do Meksyku. 03 Jul 2007 Jacek
Palenque - przez ruiny i wodospady
Zdarzylo sie 26 czerwca:
To byl dosc ciekawie wypelniony dzien. Zaraz po przyjezdzie do Palenque znalezlismy biuro, ktore oferowalo dojazd do ruin, wodospadu Mizol-Ha, Aqua Azul oraz transport do San Cristobal. Dokladnie tego szukalismy. Do wodospadow mozna dojechac na wlasna reke, ale zajmie to wiecej czasu i nie koniecznie wyjdzie taniej. A jak powiadaja tutejsi na drogach turystycznych w Chiapas lubi grasowac partyzantka. Tak wiec zaczynamy od ruin. Wracamy do dzungli. Ruiny znajduja sie na delikatnym wzgorzu, ze skal ktorego powstaly wszystkie kompleksy majowskiego miasta. Kilka z piramid jest dostepna dla turystow i mozna sie na nie wspinac. W ten sposob wychodzimy na wszystkie mozliwe :) Z gory zawsze roztacza sie widok na Palac, ktory znajduje sie w centralnym miejscu ruin. Piramidy budowane przez majów mialy 9 poziomow, ktore symbolizowac mialy 9 etapow zycia po smierci, w celu uzyskania swietosci. Calosc ruin nie zajmuje duzego obszaru, ale bardzo przypominaja gwatemalski Tikal. Z Palenque jedziemy do pierwszego z wodospadow - Mizol Ha. Z wysokosci blisko 30 metrow spadaja dwie nitki wody, rozbijajac sie o male oczko wodne. Nie wytrzymalismy bez zamoczenia naszych tylko w nienajcieplejszej wodzie. Nie bylo jednak szans zrobic sobie prysznic z opadajacej wody, poniewaz tworzacy sie wir i wiejacy wiatr pelen mrzawki, uniemozliwial oddychanie w poblizu wodospadu. Pod wodospadem znajduje sie mala jaskinia - niczym z filmu "Ostatni Mohikanin" - a w niej mniejszy wodospad. Niestety nie mamy swiatla aby go zobaczyc. Slyszymy jedynie huk spadajacej wody. Drugi z wodospadow to Agua Azul (niebieska woda). Nie jest to tradycyjny wodospad. Agua Azul to caly szereg wodospadow, utworzonych na czysciutkiej blekitnej rzece. My podjezdzamy do miejsca, w ktorym znajduje sie jeden z najwiekszych wodospadow. Ogromna ilosc wody i towarzyszacy temu huk robia wrazenie. W wyzlobionych polkach mozna sie kapac, choc woda do najcieplejszych nie nalezy. Dodatkowo prad rzeki jest tak mocny, ze spokojnie mozna przecwiczyc plywanie w miejscu. Pomimo tego w wodzie jest ciasno - my tez nie odpuszczamy :) Po obiedzie, ze spadajacym lekko okiem, w rytmach meksykanskiej muzyki smigamy na noc do San Cristobal. 03 Jul 2007 Jacek
Campeche - kolonialne miasto
Zdarzylo sie 25 czerwca:
Za tydzien juz w domu, ale poki co jeszcze w drodze. Campeche, jak opisuja to przewodniki - to piekne kolonialne miasto, z kolonialnymi kosciolami i kolonialna zabudowa. W miescie jestesmy dobrze po 15. Zaczynamy nasze ekspresowe zwiedzanie miasta, bo dzis nocnym busem chcemy jechac do Palenque. Pierwszy punkt miasta to kolonialna katedra i znajdujacy sie obok niej Plaza Independencia. Campeche, podobnie jak Merida ma niska zabudowe. Wszystkie kamienice sa swiezo wymalowane wszystkimi odcieniami teczy. Pomimo tego kolory sie nie gryza i ciasne uliczki miasta wygladaja naprawde ciekawie. Przechodzimy do pozostalosci po murach miasta i nad zatoke meksykanska. Tutaj, az roi sie od joggingowcow. Szkoda tylko, ze biegaja zaraz obok najbardziej ruchliwej drogi miasta. Powracamy do centrum obok Temple de San Jose. Jeszcze raz ciasne uliczki i plac i ... to tyle z Campeche. Niestety nie mielismy czasu aby wyskoczyc na zamek przy zatoce oraz przygladnac sie wieczornemu zyciu miasta. Mimo tego warto bylo sie zatrzymac na kilka godzin w tym "kolonialnym" miasteczku. 03 Jul 2007 Jacek
Merida - uliczne potancowki
Zdarzylo sie 24 czerwca:
Jestesmy w Meridzie - miescie kultury Jukatanu - jednoczesnie najwiekszym miescie tego polwyspu. Cale zycie miasta rozgrywa sie wokol i na glownym placu. Jest katedra, ratusz i troche zieleni. Dookola placu miejscowi rozbili sie ze swoimi kramami pelnymi rekodziela. W poludnie ulica przebiegajaca przed ratuszem zaczela wypelniac sie ludzmi. Wszyscy zajmowali miejsca siedzace, oczekujac na show, ktore rozpoczac sie mialo za godzine. O 13 zaczynaja sie pierwsze tance. To grupka dzieciakow ubranych w tradycyjne stroje przedstawia swoj program taneczny. Chlopcy ubrani na bialo, w kapeluszach i z czerwonymi chustkami uwiazanymi za pasem. Dziewczyny w pomarszczonych sukniach i z przewioszonymi szarfami. Z butelkami na glowach, z tacami i pelna zastawa kreca sie w kolko rozlewajac wode ze szklanek. Potem powtarzaja taniec na malych skrzynkach - ograniczyli tym sobie pole manewru - i dalej nikt nie stracil tacki z glowy :) Wieczor na tej samej ulicy i zupelnie inny obraz. Na scenie ktora wczesniej zajmowana byla przez ludzi podziwiajacych tance dzieciakow teraz obstawiona jest sprzetem grajacym. Jest klawiszowiec, perkusista, gosc pocierajacy patykiem po drewnianej tarce, gitarka i wokal. Nie minelo 10 minut jak panowie uderzyli po strunach a ulica przed ratuszem wypelnila sie tanecznymi parami. Zero rezyserki. To nie zespoly taneczne tylko mieszkancy miasta przyszli na cotygodniowa potancowe. Setka par ruszala tylkami w rytmach salsy. Po 21 skonczyl sie koncert i rownoczesnie ulica opustoszala. Potem zaczely sie zajecia w podgrupach. Delikatnie przypomnialo sie Santiago i jego Forestal Park pelen mlodych ludzi. Tutaj jednak mniej spontonu. Jedna grupka dorwala bebny i gitary ale nie maja przebicia. Wiekszosc ludzi zgromadzila sie wokol dwoch klaunow (kabareciarzy), ktorzy rozbawiali tlum niezrozumialymi dla nas historyjkami. Tak wiec niedzielna Merida naprawde ma swoje barwne zycie. Ciekawe jak wyglada jej zycie w ciagu tygodnia. Tego nam nie bylo dane skosztowac bo ... droga czeka. 02 Jul 2007 Jacek
Chichen Itza
Zdarzylo sie 23 czerwca:
W Piste, malej miescince 2 km od ruin, rozbilismy sie namiotem na tylach hotelu z basenem. Korzystamy z tej wygody do upadlego - az jeden z klientow opuscil zacisze basenu. Kolejnego dnia z samego rana kierujemy sie w strone ruin. Bilet w cenie 9,5$ ma wliczony pokaz "Swiatlo dzwiek", ktory odbywa sie na terenie ruin kazdego wieczora. Zaraz po otwarciu ruiny nie sa pelne turystow tak wiec mozna podelektowac sie cisza. Na pierwszy rzut wylania sie glowna piramida ruin. Dalej przechodzimy placem "Tysiaca kolumn" - nie podjelismy sie zadania ich policzenia, ale jest ich naprawde sporo. Nastepnie kierujemy sie pod kosciol, ktory jest zdobiony mnostwem rzezbionych twarzy z dziwacznymi nosami. Niedaleko kosciola znajduje sie obserwatorium - miejsce sledzenia ksiezyca i gwiazd. Po kilku godzinach spedzonych na terenie ruin przechodzimy po raz kolejny przez glowny plac i ladujemy na boisku pilkarskim. Dzis bez publicznosci i glownych aktorow. Gra polegala na podbijaniu kauczukowej pilki lokciami, ramionami, biodrami i kolanami. Cala sztuka polegala na trafieniu pilka w naprawde niewielkie kamienne obrecze zawieszone na scianach boiska. Przegrana druzyna nie miala okazji sie zrewanzowac - skladana byla w ofierze. Calosc ruin naprawde robi pozytywne wrazenie. Popoludniem po raz kolejny bijemy tylkami o tafle basenu, a wieczorem wracamy na ruiny. Swiatlo dzwiek czas zaczac. To show nie bylo porazka, jaka zafundowali nam Argentynczycy nad zapora Itaipu przy wodospadach. Glowne zabudowania Chichen Itza byly oswietlane kolejno roznymi kombinacjami swietlnymi. Do tego klimatyczna muzyka i opowiesc o historii majow. << Previous 1 2 3 Next >> Content Management Powered by CuteNews
|